Loading...
Kontakt

Paweł Charkiewicz



Perspektywa życia w białym kołnierzyku była dla mnie zawsze ostatecznością. Nigdy nie czułem powołania do pracy biurowej. Okazja odbycia stażu w Parlamencie Europejskim to jednak nie lada gratka. Zwłaszcza, że jestem z wykształcenia europeistą.

Rok wcześniej byłem już w brukselskim gmachu, więc element zaskoczenia rozmachem
architektonicznym miałem daleko za sobą.

Krótki rekonesans po labiryncie korytarzy, wind i schodów i już siedziałem za biurkiem. Praca mimo biurokratycznego zacięcia, wymagała ode mnie niezłe j kondycji fizycznej. Przebieżka w sprawach biurowych z jednego końca kompleksu parlamentarnego na drugi to całkiem niezły dystans. Normalnie człowiek idzie 6km/h, ale tu chodzi się 12 km/h(nowa norma europejska?). Chodziarze odnaleźli by się tam niczym na treningu.

Oprócz cech „Domu, który czyni szalonym”(„12 prac Asterixa”, przyp. autora) jakie ma Parlament, istnieją tam na szczęście telefony. Biura i instytucje Parlamentu połączone plątaniną kabli wymieniają nieustannie informacje w wielu, często nawet poza unijnych językach. Komunikat ze słuchawki jaką podnosiłem w biurze mógł być po francusku, angielsku, polsku, ukraiński, rosyjsku, ormiańsku a czasem paszto[sic!]. Niezbędny, oprócz umiejętności językowych jest refleks, żeby sobie z tym poradzić.

Posiedzenia grup i komisji parlamentarnych były dla mnie dużym doświadczeniem. W praktyce
jest tam o wiele „żywiej” niż w relacjach telewizyjnych. Największe wrażenie, pomijając polityczne dysputy zrobili na mnie tłumacze symultaniczni. Podczas posiedzeń na Sali Plenarnej, w specjalnych kabinach znajduje się po 3 tłumaczy z każdego języka reprezentowanego przez siedzących na dole posłów. Zakładamy słuchawki i zaczynamy rozumieć np. węgierski! 69 tłumaczy a na Sali to dopiero dobrobyt!

Staż w Parlamencie Europejskim to duża dawka doświadczenia. Prawdziwy survival XXI wieku jaki odbywa się w szklano-betonowej dżungli na Rue Wiertz 60 w Brukseli.

Poprzednia strona: Elnara Mammadova
Następna: Aneta Tyszkiewicz